Cześć :) Kolejny rozdział "Rahzela". Mam straszny problem z przelaniem tego, co mam w głowie, na strony w wordzie, odwrotnie niż w pracy, gdzie też wgapiam się w monitor. Myślę, że cierpię na nadmiar "komputeryzacji". Dzięki za komentarze, które wciąż czasami zostawiacie pod rozdziałami na obu blogach. To cud :D
Rahzel stanął na nogach w garażu. Bolał go kark. Bolało go wszystko oprócz głowy, ją miał zupełnie pustą przecież, jak sam uznał już dawno temu. Nie było innej możliwości, patrząc na to, co właśnie robił. Tak, nie miało go co boleć w tej pustej łepetynie. Gdyby był sprytniejszy, nie byłoby go tu teraz, nie miałby rąk splamionych krwią, a szyi nie szpeciłaby blizna. Z drugiej strony, gdyby dawno temu, gdy jeszcze miał wolną wolę, podjął mądrzejsze decyzje, nie spotkałby Andre w tych brudnych slamsach. Już sam nie wiedział, postanowił więc poddać się instynktowi, hedonistycznie i narcystycznie uszczęśliwić samego siebie.
Przypomniał sobie ten serial, który niegdyś bił rekordy popularności, „Breaking Bad”. Nie żaden gangster z kartelu, ale ten łysy dziad, pan White, był tam najgorszym skurwielem, prawdziwym psychopatą zdolnym do mordowania dzieci dla kasy, a przede wszystkim dla swojej głupiej dumy. Był zwyrolem, ale miał dobre pomysły. Wolał pogłówkować, niż strzelić komuś w łeb. Elegancko załatwił gościa od kurczaków za pomocą bomby przyczepionej do wózka inwalidzkiego. Genialne posunięcie. Rahzel nie miał takich świetnych pomysłów. Nie miał też takiej dumy. Od pana White’a różniło go jeszcze jedno. Nie mógł przejść obojętnie obok martwej dziewczynki. Łzy jego kochanka mu się nie podobały. Nie mógł przejść obok nich obojętnie. Dla niego mógł zrobić wszystko.
Po prostu zabije tego skurwiela w jakiś paskudny sposób, o którym Andre się nie dowie, a potem wróci do niego. Proste. Andre nie wiedział o wielu rzeczach.
Cmoknął niezadowolony. Jego mina musiała być teraz zbliżona do tej, którą zawsze miał ten pies z serialu z odstrzelonym kawałkiem ucha. Mike, czy jakoś tak. Do willi rodziny Caligari można było wejść przez garaż. Tak wnoszono prowiant i inne produkty dostarczane małymi ciężarówkami. Rahzel właśnie tak tu się dostał. Skupiony na powstrzymaniu odruchu wymiotnego stracił rachubę czasu. Dotarł tu ukryty w ciasnej szczelinie podwójnej podłogi dostawczaka w smrodzie spalin, na każdym wyboju jego wnętrzności robiły fikołek. Wyszedł z paki, gdy nikogo nie było, a potem ukrył się aż do odjechania ciężarówki.
Rozejrzał się po garażu. Pomyślał chwilę nad tym, co dalej. Mniej więcej pamiętał rozłożenie tych pomieszczeń, w których był jakiś czas temu, ale nie znał planu całej willi. Trochę informacji zdobył od ludzi w mieście. Dobrze wiedział, że w willi miała miejsce impreza. Ponoć młodszy z braci z Caligari po przejęciu władzy w mafii po zmarłym bracie spędzał tak wiele nocy. Jego życie stało się ciągiem imprez albo, inaczej to ujmując, jedną wielką, niemająca końca zabawą. Cóż, dzisiaj może się skończyć. Rahzel zamierzał podjąć taką próbę.
Podrapał się po policzku. Musiał się uśmiechnąć. Był świrem, bo go to ekscytowało. To nie tak, że nie miał emocji, brakowało mu empatii albo był psychopatą lub sadystą. Chyba nie. Nie cieszyło go znęcanie się nad słabszymi, ale walka z takimi jak on już tak. Dlatego nie czuł teraz strachu, a ekscytację. Kiedyś nawet śmierć uznawał za potencjalną cenę, jaką trzeba zapłacić za możliwość udziału w grze i był skory oddać życie bez zbytniego żalu. Teraz nie chciał umierać, ale wciąż był tą samą bestią. Życie w Meksyku było satysfakcjonujące. Robił z siebie klauna na ringu dla uciechy gawiedzi, ale mógł się tam wyżyć. Jego kochanek tego nie rozumiał. Andre przyzwyczajał się powoli do życia tam, nie było idealne, ale z każdym dniem stawał się spokojniejszy. Zabrano im to, jemu i Andre. Po raz kolejny. To go złościło. Cholernie go złościło. Mordowane dziewczynki też go złościły. Znów podrapał się po policzku. Uśmiech zniknął równie szybko, jak się pojawił. Hmm.
Rahzel zamierzał się ukryć w garażu i poczekać na moment, gdy wszyscy na imprezie będą walali się po podłodze, czujność tych mniej profesjonalnych złoli, którzy kręcili się po willi, zostanie zmniejszona przez procenty i tonę koksu. Szkoda, że nie mógł wmieszać się w tłum. Wyróżniał się za bardzo. Był zbyt ciemny, zbyt wysoki, a jego szyję szpeciła blizna. Wjazdu jak z „Johna Wicka” nie będzie. Znów mimowolnie się uśmiechnął. Przez Andre naoglądał się za dużo filmów. To było chore, jak często pojawiał się w jego myślach, nawet w takiej sytuacji.
***
Andre oglądał się w przedniej kamerze smartphona. Kiedy mrużył oczy, w kącikach robiły mu się płytkie, ale długie zmarszczki. Miał tam bardzo cienką skórę albo się starzał. Nie potrzebnie się oszukiwał. Jedno i drugie. Patrzył na siebie jeszcze chwilę. Nie był już tym ładnym chłopcem, ale jeszcze tego nie utracił. Faceci na niego lecieli, a on zawsze miał w sobie to coś, co sprawiało, że ludzie chcieli otaczać go opieką. Wybaczali mu dziecinne zachowanie, frywolność i egoizm, uznając za część jego uroku albo uroczej tępoty. Jego rodzice mu folgowali. Mężczyźni do niego lgnęli, szczególnie starsi, nawet heteroseksualni. Oni również chcieli się nim opiekować, trzymać w klatce jak egzotyczną papużkę, która umrze sama, jeśli się ją wypuści. I chcieli go pieprzyć oczywiście. Był ładnym chłopakiem, potem ładnym mężczyzną, ale nie typowo przystojnym.
Czy dałby sobie radę sam? Odpowiedź nie była trudna. Jasne, że tak. Po tym wszystkim, co przeżył, doświadczył i z czym dotąd musiał dać sobie radę, dobrze zdawał sobie sprawę z czyhających na niego zagrożeń. Rozdzielenie z Rahzelem sprawi, że stanie się niewidzialny w tłumie, zupełnie nijaki. Justin zostawił go z tą myślą. Andre mógł po prostu odejść i zacząć wszystko od nowa, ale tym razem odrzucając wzór, którego tak desperacko się trzymał. Musiał poradzić sobie sam, nie uczepiać się nikogo, nie przyssać się do kolejnego mężczyzny niczym pijawka i na nim żerować.
Andre sięgnął po coś do kieszeni. Oglądnął migoczący świetle przedmiot, a potem rzucił nim z całej siły o ścianę budynku naprzeciwko. Szkło rozbryzgało się na tysiąc różowych kawałków. Tak bardzo chciał przestać zanurzać buty w kolejne gówna. Znów był w Stanach, wreszcie nadeszła pora, żeby ziścił się jego amerykański sen. Było w nim miejsce na oglądanie musicali na żywo, tak robili biali, dobrze usytuowania amerykańscy geje. Chodzili do parków dla psów na plotki, nosili pulowery, brali udział w paradzie równości, udzielali się charytatywnie i różne takie. Z tą samą skrupulatnością planowali wycieczki do Europy z jaką Rahzel plan zamordowania przywódcy włoskiej mafii, o którym żaden z tych białych gości nie słyszał, a potencjalną notatkę o jego śmierci w New York Timesie uzna za nieinteresującą. Pulowery nie wyglądały fajnie, więc nie chciał być jednym z nich, ale mógłby być chłopakiem kogoś takiego. Chciał mieć ładny dom na luksusowym przedmieściu jak jego rodzice, para profesorów.
Pomyślał o tym, jakiej przyszłości chciałaby dla niego matka. W pewnym momencie na pewno pojęła, że nie pójdzie drogą, jaką dla niego zaplanowała, gdy jeszcze był w jej brzuchu. Prywatna szkoła, lekcje tenisa i skrzypiec, to wszystko były zmarnowane pieniądze. Nie lubił się uczyć, nie myślał o przyszłości, bo nie musiał. Miał bogatych rodziców, dom, rodzinę, wszystko. On się nie przejmował, ale oni na pewno tak. Pewnie rozmawiali o tym wieczorami w sypialni przed snem. Ciekawe, co dla niego wymyślili. Na pewno zadbali o jego przyszłość. Skoro przyznał się im w liceum, że jest gejem, może pomyśleli, że chciałby zostać projektantem? Nadawałby się też na modela. To by było super.
***
Rahzela zaskoczył widok, jaki zastał go willi. Jeśli znów miał odnieść się do filmów, a przez Andre oglądał ich wiele, byłby to te zdjęcia, które na odnalezionym aparacie na weselu oglądali bohaterowie „Hangover”. Andre lubił spędzać wieczory, oglądając filmy. Pożerał przy tym tony niezdrowych przekąsek, na następny dzień robił sam sobie wyrzuty, bo przecież miał trzymać się diety i zaklinał, że to ostatni raz. Zwykle na filmach zasypiał z głową na kolanach Rahzela albo w innych, często dziwacznych pozycjach przyklejony do niego. Nigdy to nie był ostatni raz.
Ta impreza skończyła się już jakiś czas temu. Niedobitki walały się po podłodze w stanie rozkładu i nagości pomiędzy butelkami. Alkohol to było za mało by doprowadzić ich do takiego stanu. Reagowali jękami rozkojarzenia, gdy przechodził między nimi. Ten obraz Sodomy nie pasował do eleganckich wnętrz willi włoskiego mafiosa. Rahzel podejrzewał, że taki sam burdel musiał panować w głowie jej właściciela. Pytanie, co wywołało to spustoszenie. Śmierć brata, czy wyrzuty sumienia po zabiciu małego dziecka. Nie potrzebował odpowiedzi. Ostatnim, co czuł, była litość.
– To się robi nudne – mruknął do siebie.
Znajdował się w półokrągłym salonie, rozwidlające się schody na końcu, z tyłu przestronnego pomieszczenia prowadziły do prywatnych pokojów właściciela willi na górze. Mężczyzna siedzący na kanapie wskazał na niego, a potem na miejsce obok siebie. Rahzel zauważył go już wcześniej. Miał broń, był trzeźwy. Pilnował towarzystwa. Chociaż czujnie obserwował każdy rucha Rahzela, wydawał się spięty i gotowy do reakcji w każdym momencie, dotąd nie zrobił nic.
Rahzel przyjął zaproszenie. Usiadł na kanapie. Ochroniarz wyglądał jak styrany życiem robotnik budowlany, jego cera był gruba i zrogowaciała, poprzecinana głębokimi zmarszczkami. Mógł mieć włoskie pochodzenie. Jego czarne włosy poprzetykane były srebrnymi nitkami. Zaczesywał je do tyłu. Używał do tego pomady albo były przetłuszczone. O dziwo był gładko ogolony. Lewy policzek przecinała blizna. Nie była od noża, a od kuli, która jedynie prześlizgnęła mu się koło ucha. Szczęściarz, pomyślał Rahzel. Facet był po pięćdziesiątce. Nie pasował do brokatowego rozgardiaszu wokół niego.
– Jesteś bezczelny, chłopaczku – mruknął. – Doceniam, ale to głupie.
– Zadziałało. Jestem tutaj.
– I na tym tutaj się to skończy. Jeśli chcesz w tym fachu żyć długo jak ja, musisz być sprytny, a przede wszystkim pokorny. Dzieciaki takie jak wy oglądają teraz za dużo telewizji, tych wszystkich gości z gaciami obsuniętymi do połowy tyłka wymachującymi pistoletami, wasze pukawki są za duże, za głośne… Tak się tego nie robi… Nie, nie. Gdybyś tu wszedł od tyłu i poderżnął mi gardło, zdobyłbyś dziesięć punktów.
Mężczyzna spojrzał na niego z ukosa. Górne powieki opadały mu w kącikach oczu. Nawet gdyby się uśmiechnął, wyglądałby na smutnego. Teraz jego twarz wyrażała dezaprobatę. Rahzel uniósł brwi, udając, że dziwią go słowa tego świra. Cokolwiek. Intensywnie myślał nad tym, jak go zabić i czy koleś tylko się z nim bawi i wezwie pomoc, czy może rzeczywiście jest świrnięty. Miał nadzieję na to drugie.
– Zatrzymałeś się dekadę temu. Nikt teraz nie ogląda telewizji. I nie lubię podrzynać gardeł, źle mi się kojarzy – odparł.
Dziadek zrobił błąd, na chwilę się rozpraszając. Rahzel sięgnął dłonią do swojej szyi, by dotknąć blizny. Mężczyzna pozwolił sobie ma krótki moment swobody. Na chwilę podążył wzrokiem za dłonią. Blizna przekreślająca imię przyciągała spojrzenie. Mężczyzna musiał wiedzieć, kto mu ją zrobił. Rahzel drugą dłonią sięgnął po nóż, który miał doczepiony do paska przy kostce. Nie zrobił żadnego błędu. Jego ruchy były błyskawiczne. Wbił go facetowi w podgardle. Wyciągnął mu broń z kabury i strzelił do mężczyzny po jego lewej, który stanął w drzwiach salonu. Trafił, nim ten pociągnął za spust wycelowanej broni. Wyłapał go kątem oka. Zsunął się z kanapy, tak by zasłoniło go ciało dogorywającego kompana rozmowy sprzed chwili. Strzelał do niego kolejny człowiek Caligari, który pojawił się na schodach prowadzących do sypialni. Rahzela osłaniało oparcie kanapy i ciało starca. Wdech. Wychylił się, wycelował i strzelił trzy razy. Dwa w serce i jeden w głowę. Nikt inny się nie pojawił.
Ludzie piszczeli, płakali, jazgotali. Przestali zakrywać uszy. Jedni wciąż leżeli na podłodze niezdolni do podjęcia decyzji. Inni zaczęli uciekać. Wszyscy nagle wytrzeźwieli. Rahzel przeszukał ciało starszego mężczyzny. Nie znalazł innej broni. Poszedł do tego na schodach. Nie żył. Zabrał mu pistolet i zapasowy magazynek z wewnętrznej kieszeni marynarki. Cesara Caligari nie było tu od początku, stąd ta cała błazenada.
– Naoglądałeś się za dużo filmów – rzucił w stronę ciała, które zsunęło się z kanapy.
Cesare Caligari mógł być gdziekolwiek, a nie oznaczało to bynajmniej, że cały trud i męka poszły na marne. Rahzel był w jego domu, zabił jego ludzi. Zaraz pójdzie do jego sypialni i rozsiądzie się na jego łóżku. Ośmieszył go. Caligari mógłby po prostu wysłać tu więcej swoich ludzi, żeby go załatwili. To jednak za mało. Taka wendeta go nie zadowoli. Nie zmyje hańby. Jest w jego domu, w którym zabił jego brata. Wystarczy poczekać.
Nie zachwyciły go luksusy. Nie zazdrościł ich również. Nie denerwowało go także to, że on i Andre ostatnie lata spędzili chowając się po norach, skwiercząc niczym kawałki słoniny w meksykańskim słońcu. W oczy wiecznie wpadał im kurz. Rahzel rozsiadł się na środku łózka. W sypialni panował rozgardiasz. Cesare musiał tu być, gdy on wkradł się do willi. Jego ludzie wyprowadzili go po kryjomu. Z łóżka miał dobry widok na wnętrze łazienki. Drzwi były otwarte na oścież. Przestronna wanna na złotych wywiniętych śmiesznie nóżkach wzbudziła w nim nową falę zniecierpliwienia. Po walkach w ringu lub klatce, w zależności co bardziej cieszyło gawiedź, Andre kazał mu się moczyć w jakiś kąpielach przypominających błoto. Z owsem, czy innym prosem. Mówił, że przyśpiesza gojenie się skóry. Rahzel nie miał pojęcia, czy była to prawda. Lubił te kąpiele, bo Andre obmywał go wtedy mokrą szmatką, siedząc na krawędzi wanny.
Chciał już wracać do domu, gdziekolwiek miałby on teraz być.
***
Mężczyzna gwałtownymi ruchami ochlapał parę razy swoją twarz wodą z metalowej beczki. Najwyraźniej nie przyniosło to rezultatu, jakiego się spodziewał, bo sięgnął po stojące nieopodal wiadro. Napełnił je i wylał całą zawartość na twarz. Lodowata woda sprawiła, że przez całe jego ciało przeszły dreszcze. Odrzucił wiadro i oparł się dłońmi o krawędź beczki. Chwilę oddychał ciężko przez usta, nim splunął na bok. Jego czarne, długie włosy przykleiły mu się do twarzy i szyi. Z koszuli i spodni ściekała woda.
Byli w starym, na wpół rozebranym magazynie. Z dachu pozostał jedynie metalowy stelaż. Dwa samochody stały przed budynkiem z zaświeconymi reflektorami. Trzech markotnych mężczyzn czekało w pewnej odległości i spoglądało na siebie pytająco.
– Wysłać chłopaków, żeby go załatwili? – zapytał jeden.
Cesare Caligari zaczesał palcami przemoczone włosy i zawiązał je w supeł. Boki jak zwykle miał podgolone. Zaczął rozpinać koszulę.
– Kupcie mi nowy garnitur.
Najmłodszy z mężczyzn, dwudziestoparolatek, kiwnął skwapliwie głową i wyszedł z budynku. Z twarzy można było odczytać, że poczuł ulgę.
– Czemu nikt go nie pilnuje? – Cesare rzucił pytanie w powietrze.
– Jest związany jak salceson. Ta kupa gówna boi się nawet szczać bez pozwolenia.
– Ta kupa gówna sprawiła, że twój ryj jest jeszcze paskudniejszy, chociaż to trudne do osiągnięcia.
Mężczyzna sięgnął dłonią do spuchniętego policzka. Powstrzymał się przed dotknięciem miejsca po uderzeniu zegarkiem nałożonym na palce. Pośpiesznie udał się do pomieszczenia obok. Został jeszcze jeden. Caligari spojrzał na swoją dłoń. Zacisnął ją i rozluźnił. Powietrze z trudem przeciskało mu się przez nos i gardło. Wnętrza policzków były przygryzione do krwi, nie pozwalał im się zagoić. Znów poczuł, jak drży mu dłoń.
– Wyjdź i zadzwoń jeszcze raz po tego konowała. Nie chcę, żeby on zdechł za szybko.
Wreszcie został sam. Sięgnął do kieszeni spodni. Nie znalazł tego, czego szukał. W podszewce była dziura. Zaklął i kopnął metalową beczkę. Echo odbiło się od wyłożonych falistą blachą ścian magazynu. Lekarz powinien przyjechać już dawno. Przeklęty konował. Potrzebował czegoś, żeby stać, żeby żyć. Jego brat byłby z niego taki dumny, parsknął w myślach. Miał dreszcze, po ciele spływał mu pot. Zgaga paliła mu gardło.
W pomieszczeniu obok czekał na niego człowiek, który dopuścił do tego wszystkiego, szef jego ochrony. Cesare musiał przywdziać garnitur i zająć się tą sprawą. Okazać mu litość lub wręcz przeciwnie, jak to na szefa przystało. On musiał zadecydować. Pod marynarką od jakiegoś czasu nosił też kamizelkę. Miał swojego prywatnego krawca, oczywiście Włocha. Buty sprowadzał z Europy. Zegarki również były z importu. Za każdy z nich można było kupić samochód. Czuł się jak krowi placek opakowany w kawałek jedwabiu. O, apaszkę od Hermesa. Jedna z jego dziewczyn je uwielbiała. Teraz jego ludzie przywiozą mu jakiś garnitur ze sklepu, bo uciekł z własnego domu. Zmusi tego konowała, żeby dał mu coś, co pozwoli mu powstrzymać się od walnięcia własną głową o metalową kolumnę podtrzymującą strop magazynu. Potem pójdzie do tego człowieka przywiązanego do krzesła i wyciągnie mu jaja przez gardło. Przez niego musiał uciec z własnego domu, jak największy tchórz. Jak ta małpa mogła tak po prostu dostać się do środka? Upokorzył go kolejny raz.
Musiało minąć sporo czasu, bo jego ludzie wrócili wraz z garniturem i lekarzem. Ten czas jakoś mu uciekł. Powinien być wściekły bardziej. Wygrywało zniecierpliwienie. Chciał, żeby wszystko już się skończyło. Konował, który służył ich rodzinie dłużej niż, Cesare żył, patrzył na niego tym samym wzrokiem co jego nieżyjący brat. Strzelił go w twarz, powalając tym ciosem, gdy już wróciły mu siły. Opróżniona fiolka potoczyła się po podłodze, zmiażdżył ją butem. Idiotę, czekającego na hali, dusił gołymi rękami, aż nie zaczęły sinieć mu usta.
Odwrócił się, gdy mężczyzna leżący na podłodze, przywiązany do krzesła, rzęził, próbując gorączkowo złapać powietrze. Stojący obok ludzie nawet nie drgnęli, aby mu pomóc.
– Jesteś bezużyteczny – mruknął Cesare bardziej do siebie. – Wszyscy jesteśmy bezużyteczni.
– Czarnuch jest sam. Wejdziemy w kilku i jest nasz – powiedział ten młody. Jeszcze nie wiedział, że oczywistości nie mówi się na głos.
Cesare bawił się chwilę sygnetem. Może wyglądało to, jakby się zastanawiał. Po części tak było. Jego brat miał taką zimną fasadę wobec każdego, jego również. Jak to zakończyć, spuścić bombę atomową?
– Gdzie trzymacie tę jego ciotę?
Cesare obejrzał się za siebie, gdy nie otrzymał odpowiedzi. Najmłodszy i najbardziej porywczy z mężczyzn patrzył na pozostałych z trójki, szukając w nich ratunku. Oni nie unikali spojrzeniu swojego szefa.
– Dante jeszcze go nie namierzył. Jest w terenie. Wiemy, że wczoraj był widziany w mieście. Na pewno przybył tu z tym czarnuchem. To kwestia godzin, zanim…
Już wiedział. Rahzel czekał na jego przyjście. Liczył na jego honor, chęć zemsty. Chciał wszystko zakończyć męskim pojedynkiem. Jego bratu mogłoby się to spodobać. Znów o nim pomyślał i Cesare już wiedział, co zrobić. Brat zostawił mu wiele niezakończonych spraw. Jedną z nich było poderżnięcie gardła temu czarnuchowi, ale Cesare zamierzał zacząć od innego gardła. Oderżnie tą piękną główkę otoczoną lokami, a potem rzuci mu ją pod nogi. Potoczy się bomba w kreskówkach, a potem bum.
– Podstawicie samochód – powiedział.
– A co z…
– Każcie otoczyć willę. Nie może się stamtąd wydostać, póki nie wrócę.
– I tyle? Mamy czekać?
– Może chociaż to będziecie umieli zrobić właściwie.
Hejeczka,
OdpowiedzUsuńo tak zaglądam tutaj i czytam (choć ostatnio mam mało czasu) ale bywam i takie momenty kiedy coś nowego się pojawia bardzo mnie cieszą...
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Agnieszka