Nie masz pojęcia, kim jest osoba siedząca koło ciebie w autobusie.
Ma ze sobą sportową torbę, ale czy możesz być pewny, że w
środku są tylko spocone ubrania, bo facet wraca z siłowni? A może
ma tam broń. Może dziś rano wstał z przeświadczeniem, że to
właśnie ten dzień. Że już więcej nie wytrzyma. Dziś zabije
wszystkich, pragnął tego od liceum. Codziennie idąc korytarzem,
wyobrażał sobie, jak jest jeden z tej dwójki. Którzy zrobili tą
masakrę w Columbine. Teraz nawet nie pamięta imion, ale przed
oczami ma ich twarze. Obaj byli obaj byli brzydcy, byli
nieudacznikami, tak jak on. Ale jednak czuli, że byli ponad tymi
wszystkimi małpami w sportowych kurtkach. Postanowili oczyścić
swoją ludzką rasę w tych półzwierząt. Może facet siedzący
koło ciebie w pociągu, myśli właśnie o tym. Jaką możesz mieć
pewność, że tak nie jest?
Rahzel właśnie takie miał myśli, gdy razem z Andre jechali
pociągiem. Ich celem było południe, przekroczenie granicy z
Meksykiem. Wciąż zmieniali autobusy i pociągi, żeby nie dać się
złapać. Wciąż zmęczony, wciąż obolały, jeszcze z
niezagojonymi ranami, zasypiał natychmiast po zajęciu miejsca w
kolejnym autobusie. Był bezbronny, jak zawsze naiwny. Jego powieki
opadały, a potem głowę składał na ramieniu Rahzela, on zaś
pozostawał czujny czasami.